Emocje po koncercie

Wszystkie rozmowy na temat wydarzenia z dnia 17.06.2011.

Moderatorzy: Administratorzy, Starszy moderator, Moderatorzy

Re: Emocje po koncercie

Postprzez airofue » 20 cze 2011, o 11:29

Było magicznie <3 ogólnie mało co pamiętam, wszystko jak przez mgłę ale cieszyłam się jak głupia. Żałuję tylko, że ostatecznie nie zdecydowałam się porzucić mojej miejscówki w pierwszym rzędzie na płycie i spróbować wejść na OC ale strasznie się bałam, że mi się nie uda i stracę nawet to miejsce :c no i bardzo liczyłam, że zagrają "you don't know what they do to guys like us in prison" ale niestety też nie wyszło ALE I TAK BYŁO MEGA! mam nadzieję, że jeszcze do nas wrócą na klubowy koncert <3
Avatar użytkownika
airofue
 
Posty: 26
Dołączył(a): 9 cze 2011, o 20:46
Lokalizacja: Bydgoszcz

Re: Emocje po koncercie

Postprzez killjoys » 20 cze 2011, o 11:53

Kiedy Frank całował jakieś zdjęcie ?!?!? :O
Megaśnie było. Tyle czasu od piątku minęło, a ja dalej chodze podekscytowana cała. :)
Avatar użytkownika
killjoys
 
Posty: 55
Dołączył(a): 26 maja 2011, o 14:14
Lokalizacja: Polska

Re: Emocje po koncercie

Postprzez lastly » 20 cze 2011, o 11:55

killjoys, całował ? :-D nie widziałam.
Avatar użytkownika
lastly
 
Posty: 199
Dołączył(a): 18 cze 2011, o 15:28
Lokalizacja: Łuków.

Re: Emocje po koncercie

Postprzez killjoys » 20 cze 2011, o 12:12

Klamka napisał(a): i całowanie przez Franka zdjęć Lily i Cherry <moje serducho napuchło do niewyobrażalnych rozmiarów >

Kiedy to było ? :D

(nie wiem gdzie o to spytać więc piszę to tutaj.)
Avatar użytkownika
killjoys
 
Posty: 55
Dołączył(a): 26 maja 2011, o 14:14
Lokalizacja: Polska

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Sharp » 20 cze 2011, o 12:39

Dawno temu na innym koncercie. Miał ustawione fotki bliźniaczek i przy zejściu ze sceny obie fotki cmoknął.
ЙОЛО
Avatar użytkownika
Sharp
Administrator
 
Posty: 5767
Dołączył(a): 14 kwi 2007, o 09:11
Lokalizacja: Łódź

Re: Emocje po koncercie

Postprzez xEmii » 20 cze 2011, o 12:57

Ogólnie to i ja koncert mało pamiętam, może to z emocji :lol: Nie no strasznie super było. Organizacja do dupy... My z moją koleżanką weszłyśmy tylko dlatego, że niskie jesteśmy. Jak zobaczyłam na komórce 20:40 przed stadionem to prawie się pobeczałam, że nie zdążę :< No, ale było zajebiście.
xEmii
 

Re: Emocje po koncercie

Postprzez -chem- » 20 cze 2011, o 13:35

Sharp, Ale na tym koncercie również to zrobił bo zszedł ze sceny ostatni i to mi się rzuciło w oczy, urocze :3
Cały czas chodzę w euforii i nie mogę w to uwierzyć xD To były najpiękniejsze chwile w moim życiu a już na pewno nie zapomnę epickiego momentu na Welcome To The Black Parade "Warsaw Poland, FISTS IN THE AIR!" i wszyscy pięści w górze i wybijanie rytmu, to po prostu było magiczne :-(
Avatar użytkownika
-chem-
 
Posty: 343
Dołączył(a): 17 lut 2008, o 14:58
Lokalizacja: 1 nogą w Poznaniu

Re: Emocje po koncercie

Postprzez lastly » 20 cze 2011, o 13:38

albo chórki na Welcome To The Black Parade. :D
nie znasz składu powietrza, którym oddychasz, to powietrze Cię zabija.
Avatar użytkownika
lastly
 
Posty: 199
Dołączył(a): 18 cze 2011, o 15:28
Lokalizacja: Łuków.

Re: Emocje po koncercie

Postprzez violqa » 20 cze 2011, o 13:38

Sam koncert był mega!! MCr dało z siebie wszystko , a i my nie byliśmy gorsi.
Z akcji co prawda wyszła tylko jedna, ale i tak zrobiliśmy nią wrażenie na chłopakach.
Jedyna zastrzeżenia jakie ma to do organizacji, była bowiem co najmniej beznadziejna, ale jak już mówiłam warto było nieco pocierpieć przez błędy organizatorów. i oby wrócili jak najszybciej ;)
Ahh i co mi się osobiście bardzo spodobało, to atmosfera pomiędzy nami, fanami MCR. Nie było, że ,,Każdy sobie rzepkę skrobie" Każdy każdemu pomagał, jeśli tylko mógł, to zjednoczenie się było naprawdę super, i oby na każdym ich koncercie tak było, bo fajnie jest wiedzieć, że nie jest się samym i, że jakby co to można liczyć na pomoc innych ^^
Avatar użytkownika
violqa
 
Posty: 139
Dołączył(a): 18 mar 2009, o 23:53
Lokalizacja: Myślenice

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Katerina16 » 20 cze 2011, o 15:02

Też mi się podobała atmosfera między fanami ;D
Jak sobie z jakimiś tam osobami rozmawialiśmy , ale jak się przechodziło obok osób z bluzką MCR czy czerwoną bandaną i posyłało wzajemne uśmiechy. To było super !

Ale zauważcie ,że nasz kontakt z zespołem też można zaliczyć to bardzo udanych ! :)
Avatar użytkownika
Katerina16
 
Posty: 402
Dołączył(a): 21 lis 2010, o 17:32
Lokalizacja: Czechowice-Dziedzice

Re: Emocje po koncercie

Postprzez killjoys » 20 cze 2011, o 15:22

Kontakt z zespołem i fanami udany jak najbardziej :)
Ogólnie wszystko było świetne i już. !
Avatar użytkownika
killjoys
 
Posty: 55
Dołączył(a): 26 maja 2011, o 14:14
Lokalizacja: Polska

Re: Emocje po koncercie

Postprzez szczota » 20 cze 2011, o 15:57

No mi się też wydawalo, że Franek nie byl sobą. Być może byl zmęczony.
Ferb: Czy wiecie, że mumiom wyciąga się mózgi przez nos?
Fretka: To mają farta!
Avatar użytkownika
szczota
 
Posty: 704
Dołączył(a): 5 mar 2010, o 17:26
Lokalizacja: Leszno/Wrocław

Re: Emocje po koncercie

Postprzez veruleczek » 20 cze 2011, o 17:40

ja osobiście rzucałam się w drodze na stadion na każdego ,kto posiadał czerwoną bandamkę na łąpce.
siedziałam w kółeczku z takimi uprzejmymi dziewczynami , pochwaliłam jedną za śliczne kolczyki, rysowałyśmy sobie po rękach, i ogólne było bardzo miło, myślałam, że każdy będzie zimny i zacznie walczyć o miejsce. a tu proszę!
nie było akcji tego typu, każdy się wspierał, nawet ktoś dał mi tabletkę gdy mnie totalnie głowa rozbolała <3
dobrze wspominam ten czas. jeden z najlepszych.,
Avatar użytkownika
veruleczek
 
Posty: 773
Dołączył(a): 18 sie 2010, o 22:23
Lokalizacja: ostrowiec św.

Re: Emocje po koncercie

Postprzez killjoys » 20 cze 2011, o 19:34

To była najlepsza godzina mojego życia. Szkoda, że tylko godzina. :(
Avatar użytkownika
killjoys
 
Posty: 55
Dołączył(a): 26 maja 2011, o 14:14
Lokalizacja: Polska

Re: Emocje po koncercie

Postprzez lastly » 20 cze 2011, o 19:39

killjoys, zgadzam się z Tobą całkowicie :-D
Avatar użytkownika
lastly
 
Posty: 199
Dołączył(a): 18 cze 2011, o 15:28
Lokalizacja: Łuków.

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Elisha » 21 cze 2011, o 17:11

Tutaj taki mój giga rev. koncertowy, jakby komuś się chciało czytać :) Z góry przepraszam wszystkie osoby, które ucierpiały podczas koncertu z powodu moich łokci, stóp, etc. Mam nadzieję, że się już nie gniewacie.

My Chemical Romance - Orange Warsaw Festival

Gdyby 4 lata temu ktoś powiedział mi, że MCR zagrają niedługo w Polsce, zaczęłabym skakać z radości, a ciężkie łzy szczęścia spływałyby mi po policzkach. Jednak popołudnie po maturze z matematyki to nie „4 lata temu”, więc wiadomość o rychłym przybyciu My Chem po Polski przyjęłam z umiarkowanym entuzjazmem, a pierwsze słowa, jakie padły z moich ust to „nieeee”. Dlaczego? Głównie zaniepokoił mnie fakt, że MCR nie wystąpią na Coke’u, tak jak liczyłam. W maju nie widziała mi się jeszcze długa podróż do Warszawy – wystarczyło, że przypomniałam sobie niefortunny koncert Marsów w grudniu, na który niestety nie udało mi się wybrać. Na szczęście mój niepokój rozwiała rozentuzjazmowana Cytryna, która błyskawicznie załatwiła transport.

Moje 14-letnie „ja” pozostawało uśpione do tych kilku dni poprzedzających koncert, a obudziło się na nowo z chwilą wkroczenia na murawę Stadionu Legii Warszawy. Budząc się rano o 8, nie spodziewałam się, że ten dzień będzie aż tak szczęśliwy. Mając w pamięci doświadczenia z zeszłorocznego Coke’a, byłam nastawiona na OWF z lekką rezerwą.
W końcu nie można spodziewać się najlepszego, kiedy dotarcie na miejsce wyliczyłyśmy na kilkanaście minut przed otwarciem bramek. Do tego wizja Orange Circle oddzielającego nas od sceny o jakieś kilka-kilkanaście metrów także nie wydawała się kolorowa. O, jakże się myliłyśmy.

Kiedy dotarłyśmy pod stadion, zalała nas fala mediów, policji i fanów MCR. Wszyscy genialnie ubrani, dzierżyli w rękach kartki z "NA" i od razu wzbudzili we mnie pozytywne emocje. Mój pająk na plecach nie czuł się nareszcie samotny. Z początku trochę sobie ponarzekałyśmy na organizację, bo nigdzie nie mogłyśmy znaleźć festiwalowych toi-toi’ów i informacji dot. lokalizacji innych bram wejściowych niż Brama C. Pierwszą absurdalną rzeczą, która nas spotkała, była dziura w ogrodzeniu, przez którą spokojnie mogłybyśmy przedostać się na teren stadionu (aczkolwiek nie wiem, czy nie rzuciłaby się za nami chmara ochrony), ale że byłyśmy kulturalne to wróciłyśmy do kolejki pod bramkami, a właściwie do wielkiej, stłoczonej masy, gdzie niekulturalnie się wepchałyśmy z boku. Nikt nie psioczył, nadal można było odczuwać pozytywną atmosferę. Tyle, ile sztucznych zabezpieczeń było na tym festiwalu, jeszcze nigdy nie widziałam… (albo widziałam za mało w moim życiu – to bardzo prawdopodobne). Sprawdzanie oryginalności biletów, opaski, „przeszukiwanie”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że sami ochroniarze ledwo kogokolwiek „sprawdzali”. Pod sceną widziałam ludzi z lustrzankami i z kamerami hd. Nie żebym narzekała, dzięki temu udało nam się szybko znaleźć na płycie.

Wybrałam miejsce po lewej stronie płyty – mniej tłoczne i zacienione. Na plus muszę policzyć darmową wodę w butelkach z zakrętką, którą otrzymaliśmy niedługo po umiejscowieniu się na płycie. Jednym z najfajniejszych momentów podczas czekania na pierwszych wykonawców musiał być moment, w którym z głośników popłynęło „Attack”, a spora część ludzi na płycie zaczęła śpiewać. Coś pięknego. Wtedy tylko potwierdziło się moje przypuszczenie, że wokół mnie musi być masa fanów Marsów, a może i nawet niewielka część PE.

Bardzo ciężko będzie mi ocenić występ Fox – był strasznie krótki, zaledwie 2 czy 3 piosenki, na podstawie których nie można wypowiadać się o zespole. Mogę jedynie przyznać, że głos Natalii czy Pauliny z Sistars jest naprawdę niezły. Podobnie ma się rzecz z mini-koncertem Piotra Lisieckiego. Chłopak jest przesympatyczny, ale brakuje mu pewności siebie na scenie – zwłaszcza wtedy, kiedy nie śpiewa. Jednak mi to w niczym nie przeszkadza, a jego nieśmiałe podziękowania po otrzymaniu nagrody były naprawdę urocze.

I właśnie podczas występu Piotra spotkała mnie pierwsze z tych zaskakujących i szczęśliwych wydarzeń tego dnia. Stojąc sobie spokojnie na płycie i przysłuchując się muzyce, usłyszałam zawołanie moich współtowarzyszek: „Patrzcie, ludzie wbiegają na OC”. Dziewczyny szybko się zerwały i również zaczęły biec przez całą płytę, w kierunku wejść na OC, a za nimi ja – nieco się ociągająca. Ochroniarze wpuszczali pojedynczo, „dbając” o nasze bezpieczeństwo. Chwilę później znajdowałam się gdzieś w tłumie - przeszczęśliwa ze swojego Piątkowego Farta i niecierpliwie wyczekująca MCR. Kartki przygotowane, latarki w gotowości. Tylko ten brak maski trochę bolał po tym, jak zobaczyłam wspaniałe twory innych ludzi z MCRArmy (ale o tym już na sam koniec…).

Michał Szpak… Coverem „Californication” porywa tłumy – nawet jeśli większość głosów współ-śpiewających „dream of californication” robiło to z czystej złośliwości. Poza tym widać, że na scenie czuje się jak ryba w wodzie i bawi się swoim 5 minut, jak tylko może. Na plus jego żywiołowość na scenie, głos i wspinanie się po konstrukcji sceny.

I w tym miejscu pragnę podziękować dziewczynom po mojej lewej stronie, które w trakcie przerwy technicznej śpiewały piosenki MCR i do których miałam szczęście się przyłączyć. Nie znam żadnej z Was, ale dziękuję za te wspaniałe 10 minut pełne Mama, Teenagers, Na Na Na i jeszcze jakiejś piosenki, którą razem z Cytryną zaintonowałyśmy, ale ja niestety mam słabą pamięć i tytuł tej piosenki przyćmiły mi późniejsze wydarzenia.

I zaczęło się. Kartki z „NA” szybko wystrzeliły w górę – o wiele szybciej niż Gerard dobrnął do refrenu. Podczas skakania, śpiewania i zacieszania z ogólnego stanu rzeczy, zorientowałam się, że stoję dokładnie naprzeciwko Frankiego – tak jak to planowałam od zawsze, a tutaj wyszło samo z siebie, za co jestem mojemu Piątkowemu Fartowi bardzo wdzięczna. Z naiwnością wyciągnęłam ku górze moją kartkę z „NA” i „Thank you for the venom”. Po kilkudziesięciu sekundach, jakże było wielkie moje zdziwienie, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki przed „Sister, I’m not…”. Takiego zaskoczenia, euforii i mnóstwa innych uczuć wymieszanych na raz doświadczyłam w życiu jak do tej pory zaledwie raz. Spojrzałam szybko na Dominikę i jej wyraz twarzy, który niemalże nie różnił się niczym od mojego i dałam się ponieść emocjom, śpiewając wraz z Gerardem „Sister…”. A potem popłynęły kolejne dźwięki tych najbardziej znanych utworów, do naszych uszu dotarło przekochanie brzmiące w ustach Gee „dziękuję”, słowa o „polskości” Franka i kilka klimatycznych wprowadzeń do utworów. Doczekaliśmy się „przygrywki” do naszego skandowanego „dziękujemy”, zostaliśmy nazwani „fucking adorable”, porażeni częstotliwością Ray’owego uśmiechu, a tuż pod koniec moje „niecierpliwe ja” doczekało się „I’m not okay”. Wokalu Gee nie słyszałam zbyt wiele, ale już po Coke’u utwierdziłam się w przekonaniu, że na koncerty moich ukochanych zespołów nie chodzę po to, żeby w ciszy kontemplować kolejne dźwięki, które z siebie wydają, ale po to, żeby mieć z tego jak największą frajdę, a swoją zabawą i śpiewem pokazać zespołowi, jak bardzo cenię ich muzykę.

Kiedy ostatnie tony Famous Last Words odchodziły stłumione w dal, w tłum poleciała cała garść kostek. Świat zawirował dookoła, kiedy odtańczyłam dziwaczny taniec, chwytając się panicznie wszystkich wkoło za ręce, byleby tylko nie upaść. Usłyszałam triumfalny okrzyk Cytryny i szybko poprosiłam ją, żeby szukała jeszcze jednej. Sama zaczęłam rozglądać się pod stopami, ale jedyne na co się natknęłam to puste butelki, korki i kartki z „NA”. Na szczęście dzięki latarce i odrobinie wysiłku z mojej strony, Cytrynie udało się dopaść i drugą. Nie wiem, który z kolei był to fart tej wyjątkowej piątkowej nocy, ale genialnie ją dopełnił. Czując jeszcze krople spływającej po mnie wody, którą zostałam oblana przez Cytrynkę po FLW, ściskając w łapce dwie żółte kostki Frankego, wygramoliłam się z tłumu, a zaraz potem padłyśmy z Cytryną w objęcia upite naszym szczęściem, które spóźniło się o dobre 4 lata.

Coby dopełnić listę podziękowań za ten dzień:

Dziękuję Gerardowi za to, że zaufał swoim fanom i pozwolił nam pośpiewać do nieco do starszych kawałków – w przeciwieństwie do Jareda, który śmiał wątpić w zorientowanie swojej Coke’owej publiczności.

Po koncercie, koło zraszaczy, spotkałyśmy jeszcze dwie bardzo sympatyczne dziewczyny (jedna z nich była w wianku), które niestety przez nasze pokoncertowe nierozgarnięcie trochę zignorowałyśmy. Jeśli gdzieś tu na forum się kręcicie – przepraszamy, strasznie nam było potem głupio.

* Wracając na moment do twórczości MCRArmy. Takiej kreatywności i różnorodności nie widziałam jeszcze na żadnym koncercie. Przepiękne maski, koszulki i inne pomysły. (Nie obyło się oczywiście bez „I love Frerad” i „I love unicorns”, ale to przynajmniej nie było tak dobitne jak Coke’owe „I love Jared”) Rozłam wiekowy i subkulturowy również był imponujący. W pewnym momencie znalazłam się pomiędzy kolorowymi killjoy’ami a fanami wiernymi jeszcze dawnej, czarnej otoczce towarzyszącej zespołowi - którym bliżej było do gothów niż do tak uwielbianej przez media etykietki „emo”.
Elisha
 

Re: Emocje po koncercie

Postprzez BlondiXD » 21 cze 2011, o 17:19

boże jak wpuścili na OC to myślałam że oszaleje!!! Tak przy okazji to pozdrowienia dla tego pana co mnie podnosił jak spadałam na ziemie. Matko jakiego szału dostali wszyscy jak podawali wode.
"dziękuje Warsaw"<3
Nie jara mnie one direction ja mam SHINee i super juniora:P
Avatar użytkownika
BlondiXD
 
Posty: 143
Dołączył(a): 11 mar 2011, o 10:17
Lokalizacja: Warszawa

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Charmer » 24 cze 2011, o 14:59

Na koncert MCR czekałam jak reszta z Was już od jakiegoś czasu... i nagle jednego cudownego dnia, dostałam od koleżanki smsa "MCR na Orange Warsaw Festival!" a że byłam akurat w szkole i zaczęłam skakać i drzeć się jak nienormalna to tylko utwierdziłam wszytskich w przekonaniu, że nie jestem normalna.

Odliczanie do koncertu... 38 dni... 25... 14 dni (już wtedy nie mogłam skupić się na niczym innym, myślamilami już bylam na koncercie xD). Kiedy zostały 3 dni do OWF nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, nie mogłam usiedzieć w miesjcu, nie mówiłam już o niczym innym ;p

17 czerwiec… swojego zachowania od rana do godziny 17:00 opisywać nie będę, gdyż to przechodzi ludzkie pojęcie xD
Jazda do Warszawy samochodem minęła zadziwiająco szybko… i bardzo dobrze. Pod stadionem byłam ok. 18:40. Tłumów przy bramkach nie było, więc od razu wbiłam na stadion. Opaska na rękę i sru na płytę, aby zająć dogodne miejsce  Ale posiedziałyśmy trochę na płycie z koleżanką i stwierdziłyśmy, że jesteśmy głodne. Kiedy już się pożywiłyśmy została do pierwszego występu godzina. Co chwila zerkałam na zegarek, czas dłużył się niezmiernie… godzina 19:50, na scenę wyszedł zespół Fox… oczywiście nikogo to nie ruszyło… Potem Lisiecki. Gdy ten wyszedł na scenę, zauważyłyśmy z koleżanką, że coś dużo ludzi wbiega na Orange Circle… więc szybko ruszyłyśmy w tamta stronę i ku naszemu zdziwieniu, ale jakiej radości, nas też ochrona wpuściła na OC! Więc ostatecznie stałyśmy gdzieś w 7 rzędzie między Frankim a Gerardem. Akurat na scenę wszedł Szpaczor, ja jako jego fanka zaczęłam się drzeć itd. Zaskoczył mnie swoim wokalem ponownie, wypadł moim zdaniem bardzo dobrze i nawet jego wykonanie Califonication brzmiało okej. Kiedy zszedł ze sceny na telebimach pojawiła się wiadomość „My Chemical Romance, 10 minut”. Serce waliło jak oszalałe… No i nareszcie, rozbrzmiewa Look Alive Sunshine, na na na na na na i kartki w górę! Wszyscy mieli te kartki, to było niesamowite. Ścisk był jak cholera… ale czego nie robi się dla ulubionego zespołu?  Potem Thank You For The Venom… jeden z moich ulubionych kawałków, tchu mi już powoli brakowało, ale nie poddawałam się i nadal skakałam, a potem to już samo poszło. Sing, Planetary itd. To było wspa-nia-łe! Jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Gee uznał nas za czarujących, przywdział maskę w polskich barwach i powtarzał „dziękuję”… no powtórzę było nieziemsko! Przez to, że mieli mało czasu, zagrali same najbardziej znane piosenki. Wszyscy śpiewali i świetnie się bawili… nawet nie potrafię tego ladnie ubrac w slowa… ano i jeszcze jedno, pogo bylooo!!! Małe, bo małe, ale ważne, że było. I z tego miejsca dziękuję tym facetom, którzy to pogo rozkręcili, a ja po chwili się do nich przyłączyłam. Również chciałam przeprosić jeśli kogoś bardzo staranowałam xD

Podsumowując, MCR w Polsce + OC + najlepsze kawałki + akcja z NA+ jen cu yeh + pogo = nie ogarniam, że tam byłam :P
it's better to burn out than to fade away
Avatar użytkownika
Charmer
 
Posty: 54
Dołączył(a): 23 cze 2011, o 12:35
Lokalizacja: Nashville

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Lola » 24 cze 2011, o 18:08

Hej! Jestem tu nowa. Szczota dużo mi zawsze o Was mówiła, o fajnej atmosferze jaka panuje na forum, ale dopiero teraz, po koncercie MCR, gdy poznałam kilku fanów, zobaczyłam jak zżyci ze sobą jesteście postanowiłam się tu zalogować :-P

Koncert był zajebisty!!! To było spełnienie mojego wielkiego marzenia!
Taki wyjazd we trzy razem z Paulą i Szczotką z Leszna do Warszawy. To oczekiwanie najpierw przy wejściu, a potem na płycie. Zabijanie nudy razem z poznanymi tam osobami ;-) No i koncert! Myślałam, że się poryczę jak zobaczę na scenie chłopaków, ale nie. Gdy weszli i zaczęło się „Na na na” to chciało mi się tylko skakać, krzyczeć, śpiewać!!! To było takie niesamowite! Choć gardło miałam całkiem zdarte, byłam mega ściśnięta i ogłuchnięta to było warto!!! Paula jeszcze raz dzięki za tą boską miejscówę! To dzięki Tobie razem ze Szczotką byłyśmy tuż przy barierkach! Niesamowite było to wszystko. Niby już troszkę czasu minęło, ale kurcze dziś jak znowu widziałyśmy się ze Szczotą i Paulą to o czym gadałyśmy? No o koncercie :-D

Kurczę no nie mogę doczekać się kiedy znowu to się powtórzy!! Czytając Wasze wypowiedzi utwierdziłam się w przekonaniu, że Oni wrócą do Polski :-D
Bardzo tego pragnę. Teraz gdy doświadczyłam tego jak genialnie jest być na ich koncercie chcę to powtarzać jak najczęściej się da. Oczywiście tylko z taką publicznością jaka była tam na stadionie Legii. Jesteście świetni!
Lola
 

Re: Emocje po koncercie

Postprzez veruleczek » 24 cze 2011, o 19:11

od tygodnia chodzę jak ćpun na głodzie, brakuje mi ich. mam nadzieję że wrócą.
ale atmosfera koncertu nadal się unosi, przynajmniej u mnie, pewnie dla każdego była to najpiękniejsza godzina w życiu.
Avatar użytkownika
veruleczek
 
Posty: 773
Dołączył(a): 18 sie 2010, o 22:23
Lokalizacja: ostrowiec św.

Re: Emocje po koncercie

Postprzez noisevictim » 24 cze 2011, o 19:56

od tygodnia chodzę jak ćpun na głodzie, brakuje mi ich. [2]
noisevictim
 

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Mag » 24 cze 2011, o 20:02

Hej, hej ! Jestem tutaj zupełnie nowa, nie mogłam znaleźć żadnego tematu, gdzie nowi użytkownicy piszą o sobie dlatego z góry przepraszam, że tak tutaj wparowałam ale po prostu muszę sie podzielić z kimś tym co przeżyłam na Orange :D To było absolutnie niesamowite, cudowne, porażające przeżycie ! Nie byłam jakąś wielka fanką MCR (teraz na szczęście sie to zmienia i nadrabiam stracony czas), ale na Orange pojechałam głównie dla nich. Zespół był cudowny, Gerard się usmiechał i to urocze "dziękuję Waaarsaw", w ogóle jak załozył rzuconą przez kogoś maskę, aaaaa, albo wymachiwał czyjąś koszulką, no raj. Ale jednak najważniejsza była atmosfera, wszyscy dzielili się wodą, razem gdzieś tam pogowali, na Black Parade dziewczyny wokół mnie płakały a ja razem z nimi, przytulałyśmy się, no jaaaaa, kocham koncerty, nic bardziej nie zbliża ludzi. Akcja też wyszła świetnie, a ten wywiad, w którym Mikey wspomina o Polsce, nie mogę się od tego uwolnić, jedno jest pewne, spodobało im sie u nas i wrócą do nas przy pierwszej lepszej okazji. Targają mną takie pozytywne emocje, że chyba nie pozbieram się do końca zycia.
Mag
 

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Chemiczna Pani » 24 cze 2011, o 23:00

Już tyle czasu minęło,a ja dopiero piszę!..Było cuuuudniee...Nie spodziewałam się, że prawie połowę stadionu zajmą fani chłopaków...co najlepsze...Niedaleko mnie..siedziała..nie wiem, może z 10/11 lat dziewczynka...i znała wszystkie teksty piosenek na pamięć (oczywiście teksty piosenek MCR)..była ich zawziętą fanką...straasznie wariowała..machała włosami..w ogóle..zachowywała się jak nastolatka...Ale nie no..koncert był MEGA...Na zawsze będę miała wyraz "dziękuję" w głowie, po tym, jak G to powiedział xD
Avatar użytkownika
Chemiczna Pani
 
Posty: 13
Dołączył(a): 25 lut 2011, o 19:52

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Misty » 25 cze 2011, o 12:40

To ja też 'lekko' spóźniona coś napiszę : )

Nie będę oryginalna: było świetnie! Mimo tego, że w związku z niespodziewanymi komplikacjami musiałam odsprzedać bilet na płytę i byłam na trybunie (za to z chłopakiem :D ). Bałam się strasznie, że na trybunie będzie beznadziejnie ale myliłam się. Świetnie się bawiłam, naprawdę. Nie był to mój pierwszy koncert MCR dlatego miałam porównanie i powiem wam, że NIGDY wcześniej Gerard się tyle nie uśmiechał. Miałam wrażenie, że naprawdę byli zaskoczeni tym jak ich przyjeliśmy i bawili się równie dobrze jak publika. Także na bank do nas wrócą, oby jak najszybciej : )
Avatar użytkownika
Misty
 
Posty: 43
Dołączył(a): 4 maja 2011, o 18:20

Re: Emocje po koncercie

Postprzez Tomaro » 26 cze 2011, o 08:23

Bałam się strasznie, że na trybunie będzie beznadziejnie ale myliłam się. Świetnie się bawiłam, naprawdę.


Ja też się tego bałem - wziąłem płytę - żałuję. To nie na moją kondycję stać tyle godzin, musiałem wyjść po MCR, a tak to bym obejrzał od Foxa do Moby'ego.

NIGDY wcześniej Gerard się tyle nie uśmiechał


Też odniosłem takie wrażenie.

Dodam tylko, że moja relacja z OWF jest w temacie "zdjęcia i filmy".
Avatar użytkownika
Tomaro
 
Posty: 390
Dołączył(a): 23 mar 2010, o 21:53

Re: Emocje po koncercie

Postprzez ashtray heart » 26 cze 2011, o 19:19

to teraz ja dodam parę słów od siebie;
wyruszyłam ze znajomą koło godz 7. jak nigdy pociąg wtoczył sie na stację punktualnie co do minuty. wyjątkowo obyło się też bez opóźnień, tak więc po 6 godz dotarliśmy do stolicy. szybkie ogarnięcie się, krótka wizyta w macu i leciałyśmy do wyjścia. własnie, do wyjścia. n i e n a w i d z ę wyjścia z centralnego. co chwilę wyłaziłysmy nie tą drogą, co trzeba i po 5 minutach latania w te i nazad miałyśmy szczerze dość. w końcu jednak udało się opuścić teren przeklętego dworca i dotrzeć do przystanku. tam zapakowałyśmy się w 171 i ruszyłyśmy na torwar. co śmieszne, w autobusie nie uświadczyłam żadnego fana mcr, za to spora grupę echelonu. po paru minutach biegłyśmy już na stadion. ludzi dosyć sporo, więc grzecznie ustawiłyśmy się w pierwszej z brzegu kolejce. jakis facet krzyknął, że ludzie z OC mają się stawić w pierwszych kolejkach. takim oto trafem udało się zająć całkiem dogodne miejsce w kolejce. dopiero po minucie uświadomiłam sobie, że trafiłyśmy w sam środek sajgonu- 'ku&wa, za kogo one się mają, j*bany echelon!' 'co oni sobie myslą' czyli dissy fanów. jakaś dziewczyna zaczęła mi opowiadać (nie wiem, czy tu jesteś, ale pozdrawiam *macha*), jak to dziewoje z eszelonu zajęły jej miejscówkę a jej koleżanka odgrażała się, że powie to mamie. dramat. modliłam się, żeby zaczęli wpuszczać ludzi bo jad się lał hektolitrami. nareszcie po jakiejś godzinie nieogarnięta ochrona poszła po rozum do głowy i otworzyli przejścia. biegiem do opaskowni, potem kolejny sprint do kolejnych bramek, czekanie i fruu na stadion. to był mój najdłuższy bieg ever. połowa wiary się pogubiła (w tym ja, bo biegłam za nimi xd) po 72623 schodach z kolei myslałam, że biegam w kółko. koniec końców dotarłam ostatkami sił na OC i przyczepiłam się do barierki po prawej stronie sapiąc o wodę. ku mojemu zdziwieniu dostałam cała butelkę (za to ogrooooomny plus dla organizatorów!). rozpoczęła sie najmniej przyjemna część koncertów-oczekiwanie. godzina, dwie, trzy... wreszcie ruszyli z pierwszymi zespołami. na początek- fox. liczyłam, że kawałek 'communication breakdown' będzie wykonany, tak jak w oryginale, przez Organka, jednak na jego miejsce wsadzili jedną z Sistars. cóż, tak to się nie będziemy bawić panie fox. widziałam, że publika podziela moje zdanie. natępnie na scenę wszedł Lisiecki. lubie tego chłopaka i jego skromność. przymknęłam oczy i wsłuchiwałam się w śpiew. uwielbiam jego głos. głęboki, niesamowicie męski, świetny. po nim na scene wparadował Szpak. jak tylko usłyszałam, że ma zamiar masakrować 'californication' to odpuściłam sobie oglądanie jego szopki. wystarczyło, że zerknęłam na niego dwa razy- raz jak śpiewał z kartki, drugi jak się uwiesił na rusztowaniu. uhm, dziękuję. na szczęście moje katusze skończyły się dość szybko, na telebimach pojawił się napis 'my chemical romance 10 min' co wprawiło publikę w ekstazę. pisk, wrzask, płacz i co tylko. szczerze powiedziawszy trochę bałam się momentu wejścia chłopaków na scenę. to był mój pierwszy koncert my chemów, nie za bardzo wiedziałam jakich mają fanów. kiedy na scenę wnieśli kask mało nie ogłuchłam. nie daj boże przyniosą buta Gee a połowa zejdzie z orgazmu. no ale okej, co ma być to będzie, może mnie nie zabiją. juz pare minut dzieliło mnie od występu... and the show started! z pewnym opóźnieniem zanotowałam obecność zespołu na scenie, przy barierkach bowiem zaczęła się mała batalia o życie. już po chwili usłyszałam pierwsze dźwieki 'na na na', kartki poszybowały w górę a ja sama zaczęlam skakać i zdzierać gardło. Gerard wydawał się być zadowolony z reakcji publiki. nie pamiętam setlisty, wiem, że któreś z kolei było 'thank you for the venom'. szkoda, że nie widziałam swojej miny... nie miałam pojęcia, że grają to na koncertach, a uwielbiam ta piosenkę. przy nowych piosenkach bawiłam się dosyć umiarkowanie, nie znałam ich wszystkich dokladnie, a co najważniejsze- nie pałałam do nich miłością. 'helena', aww, pierwsza piosenka, od których zaczęłam kiedys w zamierzchłej przeszłości za nimi szaleć. na 'welcome to the black parade' darłam się niesamowicie wyśpiewywując (wydzierając?) słowo w słowo. cudowna energia. istny szał. buty mi spadały z nóg, ale dzielnie podskakiwałam ;d końcowe 'famous last words' rozwaliło mnie kompletnie. Ray szczerzący sie jak głupi mnie rozczulał, co za pocieszny chłopaczek. i nagle chemicy schodzą ze sceny. 'będzie bis, na bank' mówiłam do koleżanki. no bo jak to tak, bez pożegnania, tak krótko? kiedy zobaczyłam, że ściągają ich instrumenty byłam mega zawiedziona. a więc to już... co niektórzy ludzie zaczęli się ewakuować, ja czekałam na skunków. to między innymi na nich też przyjechałam. 'skunk anansie 20 min', juz niedługo zobaczę tego demona scenicznego. wkrótce na scenę wtargnęła (tak, to dobre słowo) Skin w czarnych piórach. zaczęła skakać, robić miny do dziennikarzy, spektakl się rozpoczął. pierwszą piosenką była bomba energetyczna 'yes, it's fucking political'. kocham tego dzikusa za to, co robi na scenie. tu też nie będę sypać piosenkami w kolejności, wiem tylko, że niedługo potem zabrzmiało 'because of you', wielbiony przeze mnie kawałek. przekonałam się, że live brzmi równie genialnie co na płycie. kolejne- 'over the love'. właściwie od tej piosenki zaczęła sie moja skunkowa przygoda. niesamowicie osobisty kawałek wyśpiewany z takim powerem... ciary. po chwili Skin zaczęła się najwyraźniej nudzić na scenie, ponieważ zeskoczyła z niej i... powędrowała w moją stronę. chwyciłam ją za rękę żeby mogła się wdrapać na ten taki podeścik pod barierkami. na początku śpiewała chwilę do chłopaka, który stał obok, po chwili schyliła się do mnie z mikrofonem i śpiewała fragment 'i can dream'. nie wiem, czy było mnie słychać, też próbowałam z nia śpiewać, ale byłam tak zszokowana, że jedynie parę dźwięków byłam w stanie wydobyć z krtani. brak słów, żeby to opisać. dało mi to takiego kopa, że do końca koncertu szalałam pod barierkami skutecznie obijając sobie żebra. uwielbiam tę kobietę za to, co potrafi na scenie. ale, wszystko co dobre, szybko się kończy, tak więc po skończonym koncercie SA zaczęłyśmy się przedzierać przez tłum. nie miałam siły na nic, bolała mnie każda część ciała, byłam mokra, obolała i padnięta ale szczęśliwa do granic możliwości. przeniosłyśmy się na trybuny i już z miejsca siedzącego obserwowałyśmy poczynania moby'iego. juz samo intro i efekty świetlne, które widać dopiero z sektorów zrobiły na mnie spore wrażenie. masa ludzi tańcząca, skacząca- magia. przy 'why does my heart feel so bad?' nie mogłam się nie wzruszyć. głos tej murzynki, który wręcz wypełniał każdą komórkę ciała... cos niesamowitego. moby zaskoczył mnie dość klubowym setem, liczyłam bardziej na tę jego melancholię, chociaż i w tym wydaniu był świetny. rozgrzał ludzi do czerwoności. mnie osobiście rozczulił swoim 'dzinkuję, dzinkuję, dzinkuję!' po każdej piosence. na 'lift me up' skakali już wszyscy. po tej piosence z żalem opuściłam stadion, by zdażyc na jakikolwiek autobus (pozdro dla autbusu, który wiózł chyba 200 osób i 5 razy zamykał drzwi, bo ludzi stali niemal na dachu). 4 godziny spędzone na centralnym w oczekiwaniu na pierwszy ciopąg- pure love.
w każdym razie, OWF było dla mnie mega pozytywnym wydarzeniem, wybawiłam sie za wszystkie czasy a obtłuczone żebra czuję jeszcze do tej pory ;d
(podziwiam tych, którzy doczytali tego tasiemca do końca).
Avatar użytkownika
ashtray heart
 
Posty: 51
Dołączył(a): 19 cze 2011, o 13:39

Re: Emocje po koncercie

Postprzez goodluck » 26 cze 2011, o 21:27

17 czerwca 2011 roku, był najlepszym dniem w moim życiu. Tych emocji nie da się opisać, poprostu dziękuję mcr!
Yeah, yeah and I'm allright.
Avatar użytkownika
goodluck
 
Posty: 26
Dołączył(a): 26 cze 2011, o 13:19
Lokalizacja: Opole

Re: Emocje po koncercie

Postprzez klarczixo » 27 cze 2011, o 10:27

Ojej, ojej, ojej.
Było świetnie, przecudownie. Szczególnie że byłam 3 metry od sceny.
Na początku jak była ta akcja z OC to chciałam zostać na płycie <chyba mnie coś bolało> ale przeszłam na OC bo jacyś mili ludzie komentowali nas jako 'psychofanów' i zostałam tam z koleżanką chyba jako jedyne napalone na MCR. Tylko ja już nie wciskałam się przez bramki, tylko ochroniarz mnie kulturalnie wpuścił 8-) .
No było świetnie. Na początku jakiś facet, no nie mogę jak Dąb. Wysoki, szeroki, w hawajskiej koszuli stał, w ogóle się nie poruszył, tak mnie wszyscy na niego pchali, a on nic, no XD. Może ktoś go pamięta? Jak tak to dajcie znać :DD
Ja byłam w białej bluzce z napisem 'bulletproof heart' i plecakiem. Byłam tak na przeciwko Gerarda, na przeciwko środka sceny, ale trochę od strony Ray'a.Może ktoś mnie kojarzy, proszę o odzew :D.
Przepychałam się ciągle a tuż za mną było pogo i od kogoś mocno łokciem w plery dostałam. Takie emocje że nie mogę :D. Mój tata sam nie mógł się powstrzymać i sam skakał.
A i ta atmosfera. Dzielenie się wodą, przytulanie się z ludźmi których się nie zna. No super to było.
I w końcu mogłam śpiewać, drzeć się na całą japę mimo że fałszuję a i tak nikomu to nie przeszkadzało :3
Tylko teraz takie głupie uczucie mam. Że nie mam co zrobić. Ciągle żyję tamtym piątkiem.
Dziękuję wam wszystkim <3. Dziękuję że mogę się wyżyć, bo tak to nie mam jak się wygadać. Rodzice na moje ochy i achy wspominające występ reagują 'aha, aha' a wy byliście tam i wiecie co przeżywam. W każdym razie dziękuję wam za świetną zabawę. Mało powiedziane. Najlepsza zabawa w moim życiu. JEN-CU-YEH :3
Avatar użytkownika
klarczixo
 
Posty: 5
Dołączył(a): 21 cze 2011, o 12:27

Re: Emocje po koncercie

Postprzez szczota » 27 cze 2011, o 10:41

Wydaje mi się, jakby minęło mnóstwo czasu od koncertu, a to tylko 10 dni. Nadal jestem tym strasznie podniecona :)
A fakt, że jesteśmy na ich stronie jeszcze bardziej mnie nakręca! :-D
Avatar użytkownika
szczota
 
Posty: 704
Dołączył(a): 5 mar 2010, o 17:26
Lokalizacja: Leszno/Wrocław

Re: Emocje po koncercie

Postprzez lastly » 27 cze 2011, o 11:18

ja non stop słucham teraz ich piosenek (no i troszkę 30STM), no ale po koncercie mam na nich ogromną faaazę. ;D
nie znasz składu powietrza, którym oddychasz, to powietrze Cię zabija.
Avatar użytkownika
lastly
 
Posty: 199
Dołączył(a): 18 cze 2011, o 15:28
Lokalizacja: Łuków.

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Koncert w Polsce

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron